ROZGRZEWKA i DOGRYWKA
   

ROZGRZEWKA i DOGRYWKA
   

Info

ścieżki audiowizualne dla dzieci

ROZGRZEWKA / od 12 kwietnia – zawiera prace prezentowane podczas poprzedniego Biennale WRO z opisami, które w przystępny sposób tłumaczą podstawowe pojęcia związane ze sztuką mediów

DOGRYWKA / od 17 lipca – przygotowana w ramach wystawy WRO Résumé, dla wszystkich spóźnialskich, którzy nie dali rady dotrzeć na Biennale WRO 2015 lub tych, którzy chcieliby sobie odświeżyć prace prezentowane na wystawach

 

ROZGRZEWKA i DOGRYWKA to ścieżki edukacyjne przygotowane z wybranych dzieł prezentowanych podczas Biennale WRO 2013 i 2015, którym towarzyszą opisy stworzone z myślą o dzieciach, a także wszystkich starszych, niewtajemniczonych odbiorcach sztuki. A wszystko po to, by przekonać Was, że sztuka korzystająca z nowych technologii jest niezwykle ciekawa, bywa zabawna, i wcale nie musi być trudna.

W ścieżkach znajdziemy odpowiedź na to, czym jest biennale, dlaczego Biennale WRO to impreza wyjątkowa i jedyna w swoim rodzaju, i jakie prace prezentuje. Poznajemy kilka ciekawych pojęć, by lepiej rozumieć czym zajmują się artyści nowych mediów. Pokazujemy, że korzystają oni z kamer, aparatów fotograficznych lub programów komputerowych do pracy z obrazem, dźwiękiem, ruchem czy światłem, tworząc prace, w których opowiadają o sprawach bardzo nam bliskich, jak natura, miasto, relacje międzyludzkie i uczucia.

ROZGRZEWKA i DOGRYWKA to wciągająca opowieść o najnowszych dokonaniach artystów – często nietypowych i oryginalnych, dlatego jakże interesujących.

Do oglądania, gotowi, start!

Koncepcja ROZGRZEWKI i DOGRYWKI, wybór prac i teksty: Magdalena Kreis
Redakcja: Viola Krajewska
Korekta: Barbara Kręgiel, Dagmara Domagała

Prace

ROZGRZEWKA

Maarten Isaak de Heer / A Flood Story  [MU:STƏRman] / 2012 / NL / 17’20”

UWAGA – WODA! Kaczka w motorówce, foki w piaskownicy, borsuk grający na pianinie. O co tu chodzi? Maarten Isaäk de Heer – holenderski artysta, a prywatnie tata czterech synów – stworzył bajkę, ale jakże poważną bajkę. Całkiem zwykłe osiedle zamieszkuje niezwykła gromada zwierząt. Zachowują się  jak ludzie – pracują, bawią się, odpoczywają. Ich życie płynie beztrosko i powolnie, aż do momentu kiedy pojawia się powódź. Zrywa się ulewa – woda zalewa ulice, podtapia domy. Szara plama wody powoli zajmuje cały kard filmu. Zwierzęta spokojnie i bez zaskoczenia przyjmują załamanie pogody – zamykają okna, wyciągają parasole, ubierają płaszcze przeciwdeszczowe. Te, które potrafią pływać w ogóle zdają się nie przejmować całą sytuacją. Po jakimś czasie deszcz ustaje, a życie miasteczka wraca do normy. Praca została wykonana w technice ANIMACJI KOMPUTEROWEJ. Doskonale znacie ją z telewizji czy kina – narysowane w programie komputerowym obrazy pojawiają się jeden po drugim, sprawiając wrażenie ruchu. Historię powodzi obserwujemy cały czas w jednym ujęciu, może się zatem wydawać, jakbyśmy oglądali obraz wiszący w muzeum czy galerii. Warto także dodać, że animacja ta jest prezentowana w ZAPĘTLENIU, o którym często mówi się też „LOOP” [czytaj: lup], co po angielsku znaczy po prostu „pętla”. Dzięki „zalupowaniu”, czyli odtwarzaniu filmu na okrągło, historia zwierzaków zdaje się nie mieć końca – woda przychodzi i znika, przychodzi i znika… Dokładnie tak, jak w naturze!

Łukasz Prus-Niewiadomski / Taniec bezwarunkowy / 2012 / PL / 2’21”

ZIMNO? NO TO TAŃCZ! Każdy zna to uczucie, kiedy jest tak strasznie, strasznie zimno i pomimo ciepłej kurtki, szalika, czapki i rękawiczek ciało zaczyna drżeć. Ale chyba nikt nie pomyślał o tym tak, jak Łukasz Prus-Niewiadomski. Żeby stworzyć ten krótki film artysta musiał poczekać aż warunki atmosferyczne będą odpowiednie – dużo śniegu i ujemna temperatura, słowem – zima. Wtedy też wybrał się na spacer w góry, znalazł wymarzony widok, wyciągnął kamerę i ustawił się przed nią. Tym samym stworzył PERFORMANS DOKAMEROWY, czyli zarejestrowaną w filmie akcję artystyczną, w której bardzo ważny jest występujący na żywo artysta. Autor pracy odważył się przed kamerą ściągnąć koszulkę  po to, żeby pokazać jak ciało reaguje na bardzo niską temperaturę – skręca się, drży, wykrzywia. Te dziwne ruchy są bezwarunkowe, czyli niekontrolowane – tak po prostu zachowuje się  nasze ciało, gdy jest nam bardzo zimno. To naturalne! Po zakończeniu akcji w górach, artysta poprosił swojego kolegę zajmującego się muzyką, żeby stworzył ścieżkę dźwiękową do filmu. Zależało mu na tym, żeby muzyka była energiczna, szybka. Tak powstał taniec bezwarunkowy!

Eric Siu / Touchy / 2013 / HK / 3’21”

ŚMIAŁO – DOTKNIJ! Eric Siu mieszka w Japonii, gdzie sprawa dotyku i bliskości pomiędzy ludźmi wygląda inaczej niż w Polsce. W Japonii raczej nie patrzy się komuś głęboko w oczy, nie należy też dotykać osoby, z którą się rozmawia, a już na pewno nie powinno się nikogo przytulać czy całować. Zawsze zachowuje się właściwą odległość. Ale dystans pomiędzy ludźmi wywołują także komputery i telefony, które zastępują kontakt na żywo. Artysta wpadł na pomysł, jak ośmielić ludzi i zachęcić ich do bardziej przyjaznych i bezpośrednich relacji – do interakcji. Tak właśnie wymyślił Touchiego [czytaj: tacziego], w którego zmienia się ubierając na głowę specjalny hełm. Z przysłoniętą twarzą, w dziwacznym nakryciu głowy może przypominać superbohatera z komiksów czy filmów, jest jednak pewien problem – Touchy nie widzi. Żeby mógł cokolwiek zobaczyć, ktoś musi dotknąć jego skóry oraz specjalnej kuli, która trzyma w ręku. W ten sposób otwierają się przesłony i tym samym oczy Touchiego. To właśnie przykład DZIAŁANIA INTERAKTYWNEGO, czyli takiego, w którym odbiorca sztuki musi być aktywny – zrobić coś, żeby dzieło sztuki mogło w ogóle zaistnieć. Zamontowany w hełmie aparat fotograficzny, po 10 sekundach nieprzerwanego dotyku wykonuje zdjęcie. Można je natychmiast zobaczyć z tyłu kasku, gdzie zamontowany jest mały monitor. Później zdjęcia trafiają do internetu, gdzie można oglądać zaskoczone i uśmiechnięte buzie osób, które spotkały Touchiego na ulicach jednego z wielu miast na świecie. Podczas Biennale WRO 2013 Touchy pojawił się na ulicach Wrocławia.

Aleksander Janicki & Sound Face + Marianna Janicka / Black Garden / 2013 / PL / 3’08”

(NIE)NATURALNY BLUSZCZ. O czarnym bluszczu wkradającym się do środka ponad stuletniego pałacu najlepiej będzie opowiedzieć zaczynając od wytłumaczenia sobie, czym jest dzieło sztuki określane jako SITE-SPECIFIC [czytaj: sajt specyfik]. Brzmi poważnie, ale nie ma się czego bać! To po prostu praca, stworzona specjalnie z myślą o konkretnym miejscu. Proces tworzenia takiej pracy zaczyna się od dokładnego zapoznania się z określoną przestrzenią – trzeba znać jej wymiary, wiedzieć, co znajduje się wkoło, jaka jest historia tego miejsca. Tak właśnie pracowali Aleksander i Marianna Janiccy, który stworzyli niezwykły czarny ogród. Artyści zauważyli rośliny, oplatające z zewnątrz stary, poważnie już zniszczony budynek – zainspirowali się nimi i zamocowali sztuczny bluszcz na dużej ścianie w środku pałacu. Przygotowali także system wykrywający obecność odbiorcy w pomieszczeniu, który uruchamiał dźwięki ptaków, owadów i miasta, a także zapach. To przykład pracy oddziałującej nie tylko na wzrok, ale pobudzającej także zmysł węchu i słuchu. Pracę składającą się z wielu elementów nazywa się INSTALACJĄ. Z taką artystyczną instalacją jest trochę tak, jak z instalacją wodno-kanalizacyjną albo elektryczną: różne elementy są ze sobą połączone, współpracują, tworząc pewną całość, konkretny, działający układ.

Katie Goodwin / Dawn of the Rainbow / 2011 / UK / 3’30”

POCZĄTEK TĘCZY. Jak zrobić tęczę? To proste – woda i światło. A jak uzyskać kolory w filmie? To dłuższa i bardziej skomplikowana historia. Katie Goodwin stworzyła animację, którą można oglądać po prostu jako przyjemny zestaw intensywnych, kolorowych obrazów, którym towarzyszy muzyka. Dla tych jednak, którzy są bardziej dociekliwi „Dawn of the Rainbow” będzie pigułką wiedzy o kolorze i filmie. Musicie wiedzieć, że film „Czarnoksiężnik z krainy Oz” z 1939 roku, z którego artystka skorzystała do stworzenia swojej animacji, powstał w tak zwanym TECHNIKOLORZE. Co to oznacza? To jedna z pierwszych technik tworzenia kolorowego obrazu w kinie, gdzie trzy czarno-białe taśmy filmowe naświetlano przez kolorowe filtry – czerwony, zielony i niebieski. Tak pokolorowany film był dość jaskrawy, trochę nienaturalny, ale przez to opowieść o przygodach w krainie Oz stawała się jeszcze bardziej niezwykła. Początek filmu jest czarno-biały, więc widzowie musieli być zaskoczeni, gdy nagle, po wejściu głównej bohaterki Dorotki do krainy Oz, film zmienił się w kolorowy. Kiedyś kolorowe filmy nie były tak powszechne jak dziś. Od angielskich nazw wymienionych wyżej kolorów – czerwonego, zielonego i niebieskiego – powstał skrót RGB (red, green, blue), który warto zapamiętać, bo nie raz jeszcze się z nim spotkacie. W pracy Katie Goodwin pojawia się inny tajemniczy skrót – CMY. Pod tymi trzema literami również  kryje się zestaw kolorów, tym razem dotyczącymi sposobów drukowania. Cyjan (odcień niebieskiego), Magenta (fioletowo-różowy) i Yellow (po prostu – żółty) zmieszane w odpowiednich ilościach gwarantują całą paletę barw. Tak działa każda domowa drukarka! To wszystko dość trudne, ale zapamiętajcie: RBG – światło, CMY – druk, i dajcie się ponieść kolorom!

Lucas Abela / Vinyl Rally / 2013 / AU / 5’10”

ZAPNIJ PASY! Tor wyścigowy w Muzeum Narodowym? Czemu nie! Gigantyczna instalacja przygotowana przez australijskiego artystę Lucasa Abelę to prawdziwe szaleństwo AUDIOWIZUALNE, czyli obrazowe i dźwiękowe jednocześnie. Wielki tor dla zdalnie sterowanych samochodzików został wyłożony PŁYTAMI WINYLOWYMI. To takie czarne krążki, na których można zapisać muzykę i odtwarzać ją za pomocą gramofonu. Kiedyś były bardzo popularne, potem zastąpiły je kasety i płyty kompaktowe, ale teraz znów stają się modne. Często jednak w nietypowej formie, o czym przekonuje nas autor „Vinyl Rally”. Ta praca ucieszy wszystkich małych i dużych fanów wyścigówek. Przekona się o tym każdy, kto zajmie miejsce za kierownicą i naciśnie pedał gazu. Mały samochodzik porusza się po ogromnym torze, rysując – przymocowaną do zderzaka igłą – płyty winylowe, i tworząc oryginalną kompozycję dźwiękową (tak właśnie działa gramofon – ma igłę, która poruszała się w rowku płyty). Dzięki zamocowanej na samochodzie kamerze, muzyczne i prędkościowe zmagania autka można obserwować na dużych monitorach w kokpicie szalonego kierowcy.

panGenerator: Piotr Barszczewski, Krzysztof Cybulski, Krzysztof Goliński Jakub Koźniewski /
Peacock / 2012 / PL / 1’12”

STERUJ OGONEM. Paw kojarzy nam się przede wszystkim z pięknym, kolorowym ogonem. Istnieje jednak specyficzna biała odmiana tego dostojnego ptaka. Do tej gromady należy paw (po angielsku „peacock”, czytaj: pikok), stworzony przez czwórkę polskich artystów, którzy działają pod szyldem panGenerator. Ktoś nazwał kiedyś ładnie panGeneratorowego pawia „multimedialną grzechotką”. To instalacja, łącząca w sobie kilka cech i funkcji, którym przyjrzymy się po kolei. Jest INTERAKTYWNA, czyli jej działanie wymaga aktywności widza. W prosty sposób można sterować prędkością poruszania się trzech piór ogona i kolorystką wyświetlanych na nim wzorów. A jeśli już mowa o ruchu to poznajmy słowo KINETYCZNY. Jeśli coś jest kinetyczne, to znaczy, że ma zdolność poruszania się. I owszem, pawi ogon rusza się! Co jeszcze można powiedzieć o tym niezwykłym mechanicznym ptaszysku? Na przykład to, że na jego ogonie pojawia się mapping. Cóż to takiego? MAPPING polega na wyświetlaniu za pomocą projektora wzorów, kształtów, obrazów na pewnej powierzchni, do której te obrazy są bardzo dokładnie dopasowane. Tu dodatkowo obraz musi być zsynchronizowany, to znaczy zgrany, z poruszającymi się piórami ogona. A na dodatek temu wszystkiemu towarzyszą dźwięki. Dużo atrakcji prawda? Dlaczego czasem, by stworzyć instalację składającą się z tylu elementów warto pracować w grupie, tak jak Jakub, Piotr i dwóch Krzysztofów, czyli panGenerator.

Yaima Carrazana / Nail Polish Tutorials  / 2011 / CU / 3’43

pARTzury. Yaima Carrazana zafascynowała się TUTORIALAMI, czyli krótkimi filmikami umieszczanymi w internecie, z których można się dowiedzieć jak samodzielnie coś zrobić lub naprawić. Ludzie dzielą się w ten sposób swoją wiedzą. Takie filmy mogą dotyczyć przeróżnych tematów, między innymi tego, jak w fantazyjny sposób ozdobić sobie paznokcie. Yaima Carrazana przygotowała serię PRAC WIDEO, czyli filmików wykonanych kamerą cyfrową, w których krok po kroku pokazuje jak wykonać różne wzory na paznokciach. Zawsze zaczyna od inspiracji – wyszukuje w internecie obraz jakiegoś słynnego współczesnego malarza. Są to dzieła ABSTRAKCYJNE i GEOMETRYCZNE, czyli takie, które nie przedstawiają nic konkretnego (np. osoby czy pejzażu) i składają się z linii, kropek, kół, kwadratów, trójkątów. Później artystka tworzy „tło” dla „obrazu” – najczęściej białe, czyli dokładnie tak, jak w klasycznym malarstwie. Yaima wie co robi, sama również ukończyła studia malarskie. Następnie za pomocą kolorowych lakierów przenosi obraz z ekranu komputera na paznokcie. W efekcie jest on miniaturową REPRODUKCJĄ, czyli kopią oryginalnego dzieła. Zabawne, prawda? Takie działanie pokazuje, że nie zawsze trzeba traktować sztukę strasznie poważnie. Ale czy eksperymentalne uczenie historii sztuki przenoszonej na coś codziennego, a nawet banalnego może przynieść rezultaty?

Neil Harbisson / Eyeborg – warsztaty słyszenia barw / 2013 / UK / 4’01”

WYTĘŻ SŁUCH! Neil Harbisson cierpi na ACHROMATYZM, czyli rzadką chorobę wzroku polegającą na niemożliwości widzenia barw. Życie achromaty jest pogrążone w szarościach, ale Neil nie rozpacza z tego powodu. Znalazł sposób na to jak zobaczyć, a właściwie usłyszeć barwy. Stworzył urządzenie o nazwie „Eyeborg”, które pozwala na odczytanie koloru z otoczenia i przełożenie go na dźwięk. Mała kamera połączona z komputerem pozwala na odczytywanie fal świetlnych i „tłumaczenie” ich na fale dźwiękowe. Na stałe przymocowana jest do jego czaszki. To naprawdę niewielkie i pomocne urządzenie. Na początku Neil potrafił odróżnić sześć kolorów, teraz już 360! Dodatkowo mikrokamera jest połączona z internetem, dzięki czemu Neil może otrzymywać „prosto do głowy” obrazy od osób mieszkających na odległych krańcach świata. Doświadczanie świata przez dźwięki daje niebywałe, nowe możliwości. Artysta może na przykład usłyszeć kolory, których ludzie normalnie nie są w stanie zobaczyć. Neil Harrbison jest pierwszym oficjalnym cyborgiem! W dowodzie osobistym ma zdjęcie ze swoim, przymocowanym do głowy, czytnikiem kolorów. Aktywnie promuje też CYBORGIZACJĘ, czyli wspomaganie procesów życiowych ludzi przez urządzenia techniczne.

Chi-Tsung Wu / Crystal City 004 / 2013 / TW / 2’17”

NIEZWYKŁE SZAROŚCI. Praca tajwanskiego artysty urzeka swoją prostotą. Zdobyła uznanie grona międzynarodowego jury konkursu w trakcie Biennale WRO 2013 i zahipnotyzowała wielu odbiorców. Artysta użył bardzo prostych elementów, by stworzyć coś naprawdę niezwykłego. „Crystal City” to seria przezroczystych geometrycznych brył. Pojedyncze elementy – plastikowe sześciany i prostopadłościany – składają się na krajobrazy niezamieszkanych miast, a właściwie ich miniaturowych modeli. Oświetlone są zawsze chłodnym światłem, potęgującym wrażenie zagadkowej pustki, a może magii? W „Crystal City 004” artysta przymocował do białej ściany bryły, na które pada światło z żarówki, umieszczonej na STATYWIE, czyli stojaku zapewniającym bezpieczne mocowanie danego przedmiotu czy urządzenia. Ruchome ramię statywu zatacza kręgi, a na ścianie pojawiają się cienie, rzucane przez przezroczyste formy. Znamy to doskonale także z naszej codzienności – światło słoneczne w różnych porach dnia w różny sposób oświetla budynki, ulice, drzewa naszych miast. Tu jednak wszystko dzieje się w dużo mniejszej skali i w przyspieszonym tempie. Można długo przypatrywać się grze szarości i wciąż odkrywać zmieniające się kształty cieni, rzucanych przez budynki.

 

DOGRYWKA

Vincent Voillat / Tapis roulants / 2015 / FR / 2’21”

Ruchy wydechowe. Kair, czyli stolica Egiptu, to najgęściej zaludnione miasto w całej Afryce. Ci wszyscy ludzie muszą się jakoś przemieszczać, docierać do szkoły czy pracy. Wyobraź sobie, co dzieje się na tamtejszych drogach! Pomimo komunikacji miejskiej, czyli metra, autobusów i tramwajów, kairskie ulice są zatłoczone samochodami. Wyjście z domu oznacza przepychanie się między autami, co bywa bardzo niebezpieczne. Francuski artysta, Vincent Voillat spacerując po ulicach Kairu, przyglądał się tym samochodom, które mają chwilę wytchnienia. Miasto prawie nigdy nie śpi, ale część aut – wraz ze swoimi właścicielami – czasem odpoczywa. Wtedy też przykrywa się je pokrowcami z materiału, by osłonić od pustynnego piasku i kapryśnej pogody. Vincent Voillat wykorzystał kilka takich przywiezionych z Kairu pokrowców do stworzenia pracy, która znajdowała się na parkingu w Domu Handlowym Renoma. To przecież idealne miejsce dla odpoczywających aut. Pokrowce nie przykrywają jednak samochodów – są nałożone na stelaże wyposażone w wentylatory, które co jakiś czas napełniają je powietrzem. Nawiewami steruje zaprogramowany komputer, dzięki czemu pokrowce na zmianę prężą się dumnie, by po chwili skurczyć się i opaść. Wyglądają trochę jakby oddychały. A może przypominają duchy? Pracy towarzyszą także nagrane na kairskich ulicach dźwięki: słychać klaksony tysięcy samochodów, odgłosy z suków, czyli targowisk, i śpiewy muezinów, czyli mężczyzn nawołujących – w krajach islamskich – kilka razy dziennie do modlitwy.

Quayola / Captives / 2014 / IT/UK / 1’40”

(Nie)lenie. Poznaj Michała Anioła oraz Quayolę. To koledzy po fachu – artyści, rzeźbiarze i czasem… lenie. Oczywiście to tylko żart, bo obaj zapracowali na miano wybitnych twórców. Jednak, gdy przyglądamy się ich dziełom i sposobom pracy możemy odnieść wrażenie, że sprytnie to sobie przemyśleli i nie napracowali się za dużo. Ale to tylko pozory! Zacznijmy o tego starszego, czyli Michała Anioła, który żył i tworzył 500 lat temu we Włoszech. Jest autorem wielu malowideł i rzeźb, które wzbudzają zachwyt i uznanie do dziś. Artysta zapoczątkował pewien specyficzny sposób tworzenia, który polegał na… niedokończeniu pracy rzeźbiarskiej. Rzeźba była uznawana za skończoną, choć postaci dopiero co zaczynały się wyłaniać z marmuru. Taką technikę nazywa się „non-finito”, ale wcale nie chodzi w niej o to, że artysta nudzi się, czy męczy swoją pracą i ją porzuca. W takich niedokończonych rzeźbach łatwiej zaobserwować różnicę pomiędzy surową powierzchnią kamienia, a fragmentami, które zostały dopracowane przez artystę. W czasach Michała Anioła nikt nawet nie śnił o możliwościach, jakie dziś mają twórcy. Za to drugi „leń”, czyli Quayola – współczesny artysta, urodzony także we Włoszech, choć obecnie mieszkający w Londynie – z pomocą robota odtwarza rzeźby renesansowego twórcy. Sprytnie, prawda? Szlachetny rzeźbiarski kamień zostaje zastąpiony sztuczną pianką, a wprawna ręka rzeźbiarza – precyzyjną maszyną. Trzem monumentalnym rzeźbom towarzyszą monitory, na których pokazywane są rzeźby cyfrowe. Płaskie obrazy na ekranach nieustannie przekształcają się – załamują się w geometryczne kształty, potem wyłaniają się z nich fragmenty tytułowych niewolników, by później znów zatopić się w szarej tafli ekranu. I tak bez końca, czyli po włosku: senza fine!

Samuel-St-Aubin / Tablespoons  / 2015 / CA / 2’13”

Jajobok. Rzeźba z jaj? Brzmi ciekawie. A może kinetyczna rzeźba z jaj? Zaczyna się robić niebezpiecznie… Czy można tak sobie pogrywać z jajkiem? Czyż nie należy się z nim obchodzić nieco ostrożniej? Samuel St-Aubin ma sobie za nic takie uwagi. Traktuje jajka, nie myśląc o nich w tradycyjny sposób – nie mają być zjedzone, nie mają niczemu służyć. Te jajka stają się częścią świata sztuki! Dzieło ma kształt oktagonu. To figura geometryczna o ośmiu bokach i ośmiu kątach. W pracy mamy zatem osiem łyżek, które „podają sobie” cztery jajka w kolistym ruchu. Łyżki są zaprogramowane, wykonują mechaniczne, precyzyjne ruchy – wyglądają trochę, jakby odtwarzały układ taneczny. Jajka przechodzą z łyżki na łyżkę – niekiedy dzieje się to spokojnie, innym razem zaczynamy się niepokoić, widząc chyboczące się niebezpiecznie jajo. Twórca jest zafascynowany zwykłymi przedmiotami, które pochodzą z naszego codziennego otoczenia. Do budowania swoich kinetycznych rzeźb – czyli takich, w których istotny jest ruch – używa na przykład talerzy, łyżek, filiżanek czy wiader. Tworzy z nich niewielkie ruchome obiekty, które w zabawny sposób pokazują, że na przedmioty, które doskonale znamy, można popatrzeć inaczej.

Jacob Tonski / Balance From Within / 2010-2013 / US / 3’04”

Uwaga i równowaga. Tego jeszcze nie było – czas na sztuczkę, to znaczy… sztukę! Sofa stojąca w pionie na jednej nodze? O takie triki można posądzić tylko magika. A jest nim Jacob Tonski – jak sam o sobie mówi – artysta-optymista z zacięciem praktycznym. Co zrobił, żeby stusiedemdziesięcioletnia sofa utrzymywała równowagę podparta tylko w jednym punkcie? Artystę fascynują relacje między ludźmi. Ich złożoność pokazuje w swoich pracach. Można zapytać: co ma do tego sofa? A to właśnie, że jest ona meblem zaprojektowanym z myślą o spotkaniach i rozmowach. Ileż ciekawych sytuacji może wydarzyć się na takim kilkuosobowym siedzisku! Przyjemne pogawędki, wciągające rozmowy, ostre kłótnie, ważne narady, ożywione wymiany poglądów, niekończące się dyskusje… Stara sofa, znaleziona przez artystę na zapleczu sklepu, została rozebrana na kawałki. W każdym z nich zamocowane zostały magnesy po to, by można ją było łatwo złożyć i rozłożyć. Wewnątrz sofy artysta zamontował mechanizm, który najczęściej stosuje się w… satelitach, po to by usprawnić ich orientację w przestrzeni! Tak zwane koło reakcyjne sprawia, że sofa urzymuje równowagę stojąc tylko na jednej nodze. Czary, prawda? Dwa obracające się silniki sprawiają, że mebel delikatnie balasuje. Ale uwaga! Chwila niepewności, wybicie z rytmu i sofa roztrzaskuje się o podłogę. Jednak to normalne i zupełnie tak, jak w relacjach między ludźmi – czasem dochodzi do starć, kłótni, napięć powodujących utratę równowagi, ale tej psychicznej. Jednak dzięki magnesom – tym w sofie i tym, które przyciągają do siebie ludzi – wszystko może się na nowo poskładać.

Seiichiro Matsumura / Dancing Mirror / 2013 / JP / 2’16”

Każdy tańczyć może. Niektórzy są królami parkietu, inni wolą pląsać gdzieś z boku, ale są i tacy, którzy czują się fatalnie, gdy ktoś ciągnie ich do tańca. Instalacja Seiichiro Matsumura każdemu daje szansę, by stał się choć na chwilę świetnym tancerzem, wcale nie tańcząc! I jeszcze jeden sprawa, która wydaje się niemożliwa – taneczne ruchy odbijają się w lustrze, które wcale nim nie jest. Niemożliwe? Przy użyciu nowych technologii wszystko staje się realne. W profesjonalnych szkołach tańca ściany wyłożone są lustrzaną taflą po to, by tancerze mogli dokładnie obserwować i dopracowywać ruchy swojego ciała. W Dancing Mirror lustro jest zastąpione obrazem nagrywanym na żywo i wyświetlanym z projektora. Ale to nie byle jaki obraz! To praca interaktywna, czyli taka, w której niezbędna jest aktywność widza. Bez niego po prostu nie działa, a co więcej – nie ma sensu! Więc gdy ktoś stanie przed „lustrem”, kamera zarejestruje jego ruch. Obraz jest odtwarzany po chwili w krótkich fragmentach – powtórzonych i przyspieszonych – dzięki czemu zwyczajny ruch wygląda jak taniec. Wiadomo przecież, że tańczy się do muzyki, więc wyświetlanemu obrazowi towarzyszy dźwięk. Co więcej, prezentowane na ekranie popisy tancerzy są dopasowane do elektronicznych rytmów. Po chwili obserwowania siebie na ekranie, każdy automatycznie staje się tancerzem. Medal dla tego, komu uda się nie drgnąć. Przecież już tańczycie, a nie czytacie ten tekst, prawda?

Michael Candy / Big Dipper / 2014 / AU / 2’05”

Miękkie machiny. Pająk? Gwiazda? Kręgosłup? Wszelkie interpretacje dozwolone! Michael Candy stworzył imponującą instalację świetlną, która dla każdego będzie czymś innym. Dziewięć par świetlistych kinetycznych, czyli ruchomych odnóży, może budzić wiele różnych skojarzeń. A co ty widzisz, patrząc na Big Dipper? Sporych rozmiarów konstrukcja porusza się płynnie i lekko. Wszystko to dzięki mechanizmowi, działającemu na zasadzie tak zwanej linii śrubowej – po prostu kręci się jak trójwymiarowa spiralka. Do głównej części machiny przyczepione są metalowe koła poruszane przez łańcuchy rolkowe. A ponieważ Michael Candy wykonał swoją pracę w Indiach, wszystkie metalowe elementy powstały z pomocą lokalnych rzemieślników – teraz powtórzył to we Wrocławiu. To przykład świetnej współpracy pomiędzy artystą a specjalistami z innej dziedziny! Obrotowe ruchy wcale nie kojarzą się z nienaturalnymi szarpnięciami czy sztywnymi ruchami maszyny, którą Big Dipper właściwie jest! Artystę zainspirował ruch falowy, który obserwować możemy na przykład na wodzie. Długie żarówki-tuby przymocowane do metalowego kręgosłupa poruszają się gładko i z gracją, wręcz hipnotyzująco. Układają się co chwilę i na chwilę w rozmaite kształty i wzory. A może są to gwiazdy? Tytułowy Big Dipper to właściwie Wielki Wóz, czyli fragment gwiazdozbioru Wielkiej Niedźwiedzicy. Wielki Wóz to układ siedmiu bardzo jasnych gwiazd, które łatwo zaobserwować na niebie nawet bez lunety. Big Dipper to zatem niezły miks natury i technologii! Praca Michaela Candy zdobyła Nagrodę WRO 2015.

Kenny Wong / Squint / 2014 / HK / 2’02”

Zezujące zające. „Puszczanie zajączków” to jedna z prostszych zabaw. Wystarczy lusterko i światło, by migający punkcik zaczął biegać po ścianie. A gdyby tak namówić 48 osób, żeby – trzymając 48 lusterek – uruchomiły 48 zajączków goniących po ścianach? Mogłoby się udać, ale Kenny Wong wymyślił, jak uzyskać taki efekt bez użycia rąk! Kenny Wong lubi obserwować rzeczywistość. Mieszka wprawdzie w Hongkongu, ale pomimo kilometrów, które dzielą go od Polski, pewne spostrzeżenia na temat naszej codzienności mogą być podobne. Dajmy na to światło – zarówno to naturalne, słoneczne, jak i sztuczne, z żarówki. W różnych momentach doby i w oddalonych od siebie punktach na Ziemi, zachowuje się podobnie. Wyłania rzeczy z cienia, pozwala pracować w nocy, razi, gdy trafia prosto w oczy, oświetla ulice, wskazuje drogi, mruga z niespokojnej tafli wody. Mieni się, błyszczy, skrzy. Przyglądając się dynamicznemu i pełnemu życia miastu, Wong zaobserwował wiele różnych wymiarów światła i związanych z nim doświadczeń. Swoje spostrzeżenia przeniósł jednak na minimalistyczną, czyli bardzo oszczędną, uproszczoną pracę. Squint to kinetyczna instalacja świetlna, która reaguje na obecność widza. 48 lusterek umieszczono na ruchomych wysięgnikach podłączonych do komputera. Kinekt, czyli urządzenie śledzące ruch, znane na przykład z gier komputerowych, wyłapuje osobę stojącą naprzeciwko pracy i przekazuje sygnał do komputera, który kieruje lusterka w stronę obserwatora. 48 „zajączków” zaczyna mrugać do widzów i biegać po ścianach, układając się w rozmaite świetlne.

panGenerator: Piotr Barszczewski, Krzysztof Cybulski, Krzysztof Goliński Jakub Koźniewski / ECHOOOOOOOO / 2014 / PL / 2’51”

Roooobooootyczny chórek. Zjawisko echa znamy z jaskini albo dużego pustego pomieszczenia. Ważne jest to, że dźwięk musi zderzyć się z jakąś przeszkodą i wtedy – odbity – wraca do naszego ucha. Ale w sztuce nowych mediów brak przeszkody wcale nie musi być przeszkodą! panGenerator – grupa młodych polskich artystów – stworzył instalację, w której za echo odpowiedzialne są głośniki. Ile ich jest? Zagadka jest prosta – osiem, tyle ile liter „o” w tytule pracy! Bardziej skomplikowany jest sposób działania instalacji. Ale z tym też sobie poradzimy. Echooooooooo składa się z mikrofonu, głośników i komputera, ale nie zapominajmy o tym, czego nie widać! Istotnym elementem pracy jest także sposób zaprogramowania wszystkich elementów tak, by mogły ze sobą współgrać – by układ głośników i dźwięki mogły się zmieniać. Twórcy użyli do tego PureData, czyli popularnego sposobu programowania, w którym urządzenia łączy się ze sobą na zasadzie tworzenia graficznych schematów. Nie trzeba znać języka informatycznych kodów, żeby z niego skorzystać. Ważne jest także to, że PureData jest oprogramowaniem bezpłatnym i otwartym, to znaczy, że każdy może z niego za darmo skorzystać, dołożyć coś swojego i udostępnić efekty swojej pracy, by mogli z nich skorzystać inni. To wspaniała idea! W Echoooooooo głos zbierany jest przez mikrofon, następnie „wpada” do przygotowanych w PureData funkcji i podlega przeróżnym zmianom. Następnie dźwięk przesyłany jest do głośników – do każdego z pewnym opóźnieniem. Stąd właśnie efekt echa! Ruch każdego z głośników zależy od wydawanego przez niego w danej chwili dźwięku – ruchy w górę i w dół dostosowują się do głośności, a ruchy w prawo i w lewo – do wysokości dźwięku. Nie czekaj – nadstaw ucho!

Stefan Tiefengraber / User-Generated Server Destruction / 2013 / AT / 2’53”

Zepsuj to sam. Jeden komputer i sześć wielkich młotów walących w jego obudowę. Stefan Tiefengraber skonstruował maszynę, sterowaną za pomocą strony internetowej, której zadaniem jest zniszczyć komputer obsługujący tę właśnie stronę! Absurd? Może się tak wydawać, ale ma to swój głębszy sens. Jak działa ta instalacja? Po pierwsze, każdy może się przyczynić do zniszczenia komputera. Wystarczy wejść na stronę internetową www.ugsd.net, by sterować trzema parami młotów. Za pomocą przełączników na stronie uruchamiane są ramiona maszyny trzymającej młoty. A więc ty naciskasz, a młot uderza! Po drugie, żeby sterować maszyną-psują wcale nie trzeba odwiedzać wystawy. Na stronę internetową można przecież wejść w dowolnym miejscu na Ziemi. Po trzecie, kamera ustawiona przed konstrukcją na wystawie przekazuje na żywo obraz do internetu, dzięki czemu każdy może śledzić upadek komputera na tej samej stronie internetowej. Po czwarte, cała zabawa trwa, aż do całkowitego zniszczenia komputera, który obsługuje stronę www. Komputer pada, a strona internetowa przestaje działać. Koniec. Ale w pracy Stefana Tiefengrabera nie chodzi o psucie dla psucia. Artysta zwraca uwagę na obieg rozmaitych informacji w internecie. Wiele z naszych działań w sieci jest przecież kontrolowanych, zapisywanych i przechowywanych przez różne firmy czy instytucje, nawet jeśli nie do końca tego chcemy. Do wielkich internetowych archiwów, z mniej lub bardziej tajnymi danymi, często włamują się hakerzy. W pracy austriackiego artysty, każdy może przyczynić się do chwilowego zawieszenia jakiejś części internetu.

Karina Smigla-Bobinski / Simulacra / 2013 / PL/DE / 2’17”

Widać, czy nie widać? Puste, oślepiające białym światłem ekrany wyglądają, jakby coś się popsuło. Ale, ale! Nie przechodźmy obojętnie obok instalacji Kariny Smigla-Bobinski. Wystarczy dobrze się przyjrzeć, a twoim oczom ukażą się niesamowite obrazy. Twoje oko musi być jednak uzbrojone – skorzystaj z wiszących tuż przy monitorach lup, by zobaczyć coś, czego w przeciwnym razie nie sposób byłoby dostrzec. Zanim o samym obrazie, zastanówmy się, czym są tytułowe „simulacra”. Co to właściwie oznacza? Może mówi ci coś „symulowanie”? Na przykład, gdy ktoś mówi, że boli go brzuch albo głowa, a tak naprawdę chodzi tylko o to, żeby nie iść do szkoły czy pracy i zostać w domu. Symulowanie to takie udawanie, pozorowanie czegoś, czego nie ma. To sposób na opowiadanie o świecie, który nie istnieje, ale przez tę opowieść staje się tak realny, że jesteśmy gotowi w niego uwierzyć. W pracy Kariny Smigla-Bobinski nie widać świata, który gdzieś tam istnieje. Ekrany są białe, nie wyświetla się na nich żaden obraz, ale używając specjalnie przystosowanej lupy możemy zajrzeć do tego świata. Lupy zostały wyposażone w tak zwane filtry polaryzacyjne, których zadaniem jest przepuszczanie tylko pewnej części i rodzaju światła. Działają one podobnie jak te w okularach słonecznych. Co więcej, filtrów zostały pozbawione również monitory – jak się okazuje, można je łatwo zmyć lub zdrapać, ale nie próbuj tego w domu! Filtry, stosowane zwyczajowo na ekranach, zostały przeniesione na szkła powiększające. Te specjalne lupy umożliwiają zatem ponowne zobaczenie obrazu na monitorze. Ustawianie ich pod różnym kątem, lub używanie dwóch jednocześnie, pozwala osiągnąć dodatkowe efekty. Magia czy rzeczywistość?

Simona Halečková / Transorg / 2014 / SK / 2’24”

Kody z natury. Zazwyczaj mówi się, że to wirusy atakują komputery. Tym razem do akcji wkraczają pierwotniaki! Choć są one niepozorne i naprawdę niewielkie, mierzą maksymalnie do kilku milimetrów, mogą wiele zdziałać! Rzęski, nibynóżki lub wici pozwalają im poruszać nie tylko sobą, ale nawet systemem komputera! Jak to możliwe? Pierwotniaki mieszkają na szkiełku umieszczonym pod mikroskopem, czyli przyrządem pozwalającym dostrzec te mikrożyjątka. Ich drobne drgania cały czas rejestruje umieszczona nad nim kamera. Zapis z kamery jest przesyłany do komputera, a informacje o ruchach organizmów są przetwarzane przy pomocy stworzonego przez artystkę oprogramowania. Powodują one zmiany w tak zwanym interfejsie graficznym, czyli układzie wszelkich informacji na komputerze, po to by użytkownik mógł z nich skorzystać w łatwy sposób. Ikony, foldery, pliki i teksty na pulpicie zaczynają się mieszać, przeskakiwać, zacierać. Pulpit komputera przestaje być użytkowy, bo jak tu kliknąć w taki „zawirusowany” plik czy folder? Simonę Halečkovą zainteresowało to, jak natura może wpływać na coś tak – wydawałoby się – odległego od niej samej, jak sprzęt technologiczny. Dziś coraz częściej dochodzi do zgrzytu pomiędzy tym, co pochodzące z natury, a tym, co stworzone przez człowieka. Przyglądając się takim zjawiskom – czy to przez mikroskop, wizjer kamery czy gołym okiem – zawsze możemy dowiedzieć się czegoś ciekawego i zastanowić się nad rozwiązaniami pewnych problemów. A zatem – miej oczy szeroko otwarte!

Małgorzata Goliszewska / Komunikaty. Idę / 2014 / 5’04”

Wszystko, naraz, teraz! Kask zazwyczaj zakłada się na głowę przy okazji sportów i niebezpiecznych prac. Ale czy chodzenie po mieście wymaga specjalnego nakrycia głowy? Małgorzata Goliszewska przekonuje nas, że tak. Pokazuje, że wiele spraw w mieście może nas zaskoczyć. I wcale nie chodzi tu o stłuczkę na jezdni czy spadającą z wysokości cegłówkę. Poruszanie się po mieście może być sportem ekstremalnym, do którego należy przygotować swoje ciało i mózg. Gotowi na rundkę po mieście? Artystka zakłada na głowę kask, do którego przyczepiona jest kamera. To specjalna kamera o nazwie GoPro – niewiele większa od pudełka zapałek, lekka i łatwa do zamocowania na kasku, samochodzie, rowerze czy… spadochronie. Zazwyczaj wykorzystuje się ją właśnie do nagrywania wyczynów sportowych, a materiał filmowy z takich akcji często trafia do internetu. Ta nieduża kamera w szybkim czasie zyskała wielu fanów! Ale także artyści sięgają po GoPro, by dokumentować swoje działania. I tak Małgorzata Goliszewska, z kamerą przyczepioną do kasku, przechadza się po ulicach Szczecina, czytając teksty ze wszystkich napotykanych reklam, plakatów, ekranów czy szyldów. To niesamowity wyczyn, od którego można dostać zadyszki. Mieszanka różnych komunikatów jest wybuchowa – męcząca dla oka, ale także dla mózgu. Bo przecież ile nazw marek, promocji, gratisów, najlepszych ofert i niesamowitych okazji jest czytelnych i ciekawych?

Aleksandro Fonte / Unisono / 2013 / IT / 2’36”

Domowa orkiestra. Jak stworzyć domową orkiestrę? To proste! Wystarczy, że grasz na jakimś instrumencie, resztę dźwięków zapewnią mikser, pralka, czajnik elektryczny albo odkurzacz. A może nawet dwa! Pamiętaj, że w orkiestrze najważniejsze jest to, żeby zgrać się z innymi instrumentami. Na taki niezwykły koncert zdecydował się włoski artysta Alessandro Fonte. Dziwne? Śmieszne? Bez sensu? Artysta przygotował pracę wideo, która dokumentuje jego niesamowity sposób muzykowania. Na przestrzeń koncertową wybrał duże opuszczone i zrujnowane pomieszczenie, a sam ustawił się twarzą do ściany. Wstydził się potencjalnej widowni? Nie, po prostu w ten sposób łatwiej usłyszeć dźwięk. Jako kompanów grania wybrał dwa odkurzacze, z którymi próbuje złapać tę samą wysokość dźwięku. Utwór, lub jego fragment, wykonywany w ten sposób nazywa się właśnie, z języka włoskiego, „unisono”. Odkurzacze stoją nieruchomo i zbierają kurz tylko z niewielkiego fragmentu tej dużej, zaniedbanej przestrzeni. Ich jednostajny, nużący szum słychać w całym pomieszczeniu. Nikt ich nie używa, choć są gotowe – bo przecież włączone – by pozbyć się grubej warstwy pyłu i odświeżyć to miejsce. Cóż robić, gdy towarzysze muzykowania są tak… przewidywalni? Pozostaje tylko dostosować się do nich i grać razem koncert dla historii tego miejsca.

Szymon Wojtyła / AC / 2014 / PL / 53”

SK-AC-ANKA. Instalacja Szymona Wojtyły, choć wygląda niepozornie, opowiada o bardzo wielu sprawach. Kabel wetknięty w dwóch miejscach do ściany, kręci się jak skakanka. Ale musicie wiedzieć, że nie o zabawę tu chodzi. A już na pewno nie o zabawę z prądem! Rozszyfrujmy sobie tytuł pracy, czyli AC. AC to skrót od angielskiego sformułowania „alternating current”, co oznacza prąd przemienny. Więcej o nim w szkole na fizyce, warto jednak teraz powiedzieć sobie, że gdybyśmy chcieli narysować, jak płynie taki prąd, to wyszłaby nam fala – z dołkami i górkami w równych odstępach. Taki wykres określa się mianem sinusoidy. Jego przemienność odnosi się do kapryśności ludzkich zachowań i relacji – czasem bywa świetnie, czasem gorzej. Mówi się niekiedy o energii między ludźmi. Takiej, która przyciąga ich do siebie. Mówi się też, że ludzie przekazują sobie energię – dobrą lub nie. Ludzie mogą się „nakręcać”, zarówno w tym pozytywnym, jak i negatywnym znaczeniu. Czy zatem kabel może opowiadać o relacjach międzyludzkich? Jak najbardziej! Mamy w końcu energię, czyli prąd, który płynie przez kabel, jest kontakt – ten w ścianie i ten między ludźmi – mamy też relację, połączenie, a zatem przewód elektryczny. W pracy Szymona Wojtyły skakanką-kablem nie kręcą ludzie, jak w tradycyjnej zabawie. Zostali oni zastąpieni przez pracę silnika. Wydaje się, że kabel został podłączony do kontaktu. Nic bardziej mylnego! Za ścianami, do których zostały wetknięte końcówki kabla znajduje się silnik, dzięki któremu kabel może się kręcić. Czy zabawa bez ludzi ma nadal sens?

Katrin Caspar, Eeva-Liisa Puhakka / Whispers / 2014 / DE/FI / 1’52”

Głośniki-złośniki. To strasznie denerwujące, gdy ktoś powtarza to, co sami mówimy. Zazwyczaj robi się to właśnie z przekory, po to by kogoś wyprowadzić z równowagi. A gdyby takich „papug” nagle przybyło? Katrin Caspar i Eeva-Liisa Puhakka stworzyły instalację dźwiękową, która jednak bardziej cieszy, niż wkurza. Na delikatnych, niewidocznych nitkach zawieszonych zostało kilkanaście małych głośników i mikrofonów, wyjętych z dziecięcych zabawek. Całość zdaje się lewitować, wisieć w powietrzu. Instalację tworzą przede wszystkim dźwięki ptaków. Świergoczą, przekrzykują się, a gdy próbuje się je uciszyć, zaczynają przekomarzać się z publicznością – naśladują, „papugują”. Głośniki-złośniki zbierają malutkimi mikrofonami wszelkie dźwięki ze swojego otoczenia i szybko powtarzają ich fragmenty. Taką metodę pracy z dźwiękiem nazywa się samplingiem. Trudno zlokalizować, z którego głośnika dobiega dźwięk. A do tego, dzięki małym silniczkom, zaczynają śmiesznie drgać, gdy wydają jakiś dźwięk. Wyglądają jak małe żyjątka albo zabawne stworki. Tworzą niesforną gromadę, składającą się z pojedynczych elektrycznych organizmów reagujących na siebie wzajemnie oraz na otoczenie. Pogadaj z nimi, bo może właśnie się nudzą!